..
Igły i liście...

60 | 69634
 
 
2010-05-25
Odsłon: 853
 

Debiuty + "Debiuty" = PARA-DEBIUTY...

Po ostatnim wypadku między innymi mam ćwiczyć pamięć. [Dalej mam co ćwiczyć. Ale postęp jest naprawdę spory.] Pamiętam, że po wcześniejszym wypadku, w Tatrach (przy próbie wytyczenia zimą nowej drogi na Młynarczyku) – w skałkach, z początku kilka razy wspinałem się jeszcze w gorsecie. Teraz – pojechałem się wspinać w Tatry. Albo przynajmniej spróbować, „zobaczyć jak to działa?! [„To“ – znaczy „jak działam ja”... Czy-, a jeśli tak, to na ile daję sobie radę, ile mogę, ile jestem w stanie.] Bo dalej uzależnienie od wspinania nie minęło. I chyba już nie minie – po wypadku na Młynarczyku miałem przecież (i ono miało) „dosyć silny” sprawdzian... który od jakiegoś czasu pamiętam. (Bo po pewnym czasie pamięć o tym wróciła!)

Wtedy, co do tatrzańskiego celu na tym wyjeździe - zdaliśmy się na Jara. Nie wiem, czemu, ale zaproponował Ciężką Turnię. Nie ma sprawy, jasne! Wygląda tak ładnie, a nawet nigdy się na nią nie wspinaliśmy! Ponieważ już wcześniej, od jakiegoś czasu przed wyjazdem, ciut „pracowałem nad kondycją”, [a tu też miałem nad czy pracować - po wyjściu ze szpitala mogłem np. przebiec najdalej ze sto metrów, a potem już tylko musiałem paść na trawę i dyszeć...] – podczas tego wyjazdu nie odstawałem już od przyjaciół. Tzn. już nie aż tak bardzo. O tym, co było dla mnie najtrudniejsze – później. W każdym razie wtedy, pod ścianą – Jaro pokazał nam, gdzie mamy się wspiąć. Ale to nie była Ciężka Turnia! Tylko to, co wznosi się „na prawo od niej”, patrząc z Dol. Ciężkiej. Taka „mniejsza siostra” tamtego szczytu – Ciężka Baszta. To pamiętałem! [A po wypadku, oprócz kondycji, mam też ćwiczyć pamięć...] Weszliśmy w ścianę i „w okolicach piątki” udało się osiągnąć wierzchołek. Wydawała mi się ona, nie wiedziałem skąd, jakoś dziwnie znajoma. Jednak cały czas - już od chwili, gdy byliśmy pod ścianą, nie wiadomo, skąd i dlaczego - zarazem i „coś mi świtało”, i jednocześnie „coś mi tu nie grało”.

Dopiero po przyjeździe do domu i przejrzeniu sobie materiałów o naszych nowych drogach w Tatrach okazało się, że – tak, mamy, i to właśnie prawie dokładnie tam – nową drogę, Słońce Karpat!!! Ech, ta moja pamięć...          Wytyczona przez nas wcześniej linia, Słońce Karpat [na marginesie – jakiś czas wcześniej „na tapecie” była sprawa rumuńskiego przywódcy, Nicolae Caucescu - a on nosił taki właśnie pseudonim; i stąd właśnie (oprócz tego, że tu też „akcja działa się „w Karpatach” i, jak zdarza się nam naprawdę rzadko, utrzymywała się piękna jesienna pogoda, prawdziwa Złota Słowacka Jesień – stąd wzięła się nazwa drogi) miała trudności podobne do tych napotkanych przy okazji drugiego przejścia - to znaczy „okolice V”. Tyle, że ta wcześniejsza pokonywała też jeden odcinek „około VII-”. Kiedy później porównywałem sobie schemat naszej drogi (zresztą który zresztą sam później rysowałem) i przypominałem sobie, jak wtedy, po ponownym przejściu linii prawie tej samej, co wcześniej, spoglądałem na ścianę spod niej – dalej nie wiedziałem, w którym miejscu był/jest ten kluczowy odcinek... To znaczy owszem, widziałem to, co widniało na schemacie i pamiętałem to nasze ostatnie przejście, to „przed chwilą” - ale z tego pierwszego już wcale. Nawet jakiegoś ważnego szczegółu, na przykład kluczowego odcinka. Więc naprawdę nie wiem, gdzie my tam znaleźliśmy go podczas wytyczenia Słońca Karpat. I w ogóle, że- i którędy wtedy szliśmy...

 

Wiedziałem też - i wszyscy odebraliśmy to tak samo - że w taki sposób, w jaki udało się nam przejść ten teren tym razem – jest lepiej, niż wtedy, za pierwszym razem. Trudności drogi dzięki temu stawały się wyrównane, jednolite na całej długości drogi.

 

Ale też ja sam - już wcześniej, jeszcze przed wyjazdem - wiedziałem, gdzie będą największe trudności dla mnie. I tak też wtedy było.

[W tych samych miejscach, co na przykład też i w skałkach - kiedy trzymam się już ściany rękami, było i jest łatwiej. Wcześniej kilka razy wywracałem się na ścieżynkach pod skałkami. Ale też kilka razy prowadziłem nawet zajęcia jako instruktor, w kursie organizowanym przez nasz klub. Tzn. ”prowadziłem” - ale już mój udział wyglądał inaczej, niż to bywało wcześniej: tzn. koledzy – wiedzący doskonale, na czym polegają teraz moje problemy - biegali tam na górze i walczyli przy stanowiskach, itd., itp. - a ja, niczym „instruktor - kapitalista”, na przykład siedziałem sobie na dole na krzesełku, pod skałką – i na przykład pokazywałem ludziom, jak wiąże się wyblinkę, węzeł Prusika, jak klaruje się linę i takie tam...]

 

Zaś wtedy, tam, w Tatrach - najgorzej było mi na piargu. „Mój stan jakoś tak dziwnie wykrzywiał mi ścieżkę”. Na tyle, że odruchowo szukałem cały czas czegoś do podpierania się rękami. No a przecież w jednej z nich dalej tkwiły te zasrane śruby – i musiałem ją oszczędzać, jak się tylko da. [To i tak cień tego, co było w szpitalu – ale o tym może już dość...] Więc wtedy, w Tatrach – trudności zaczęły mi się już na... pierwszym mostku przez Ciężki Potok. Kładka był jakaś taka dziwnie wąska i śliska, a pnie, na których trzeba było stawać - nierówne. Na szczęście była tam barierka, której mogłem się przytrzymać... Drugi mostek nie miał już barierki. Ale potoczek był na szczęście na tyle mały, że od razu tak jakoś „samo mi się skręciło” obok mostka i po prostu przeskoczyłem go, zaraz przy kładce. Idąc przez próg Doliny Ciężkiej rozumiałem (świetnie, jak NIGDY WCZEŚNIEJ i oby JUŻ NIGDY WIĘCEJ), czemu nazywa się ona Ciężka właśnie. Dla mnie mogłaby się jeszcze nazywać „Krzywa” albo „Nierówna” – ale to już tylko dla mnie...

Później – już w Dolinie Ciężkiej - jednym z najtrudniejszych odcinków było dla mnie samo podejście pod ścianę. Tam, po osiągnięciu górnego piętra doliny, w okolicach Zmarzłego Stawu, gdzie „główny szlak” przecina wypływający ze Zmarzłego stawu potok i wiedzie dalej w kierunku przełęczy Waga, odbiliśmy w prawo. Nie wiem, czemu tam – nie było tam widać żadnych śladów, tylko miejsce było dogodne, a pod turnię – teren wyglądał, że tu jest chyba najdogodniejszy. [Naszego podejścia z Pająkiem nie pamiętałem, ale on na szczęście chyba tak – bo wyrwał już do przodu – i dzięki temu nie musiałem zastanawiać się (a przede wszystkim przypominać sobie), którędy podchodziliśmy wtedy.] Po zejściu ze ścieżki prowadzącej na Wagę – tam miałem niemały kłopot.. Równowaga i koordynacja – te problemy trwały już wtedy od ponad dwóch lat...[Ale – jest też tak, jak mi powiedział kiedyś Pająk: - No, teraz to będziesz szybko robił postępy! I było właśnie tak! Choć oczywiście wiedziałem też – i tak mówiłem – że z tamtego poziomu, który był wcześniej – to postępy robić jest mi będzie łatwo... Wiedziałem, że jeszcze niedawno pod tą, a wcześniej w ogóle pod jakąkolwiek ścianę w Tatrach - nie byłbym w stanie samodzielnie podejść...]

A wtedy tam - Ciężka Baszta była coraz bliżej! I, jako że uzależnienie od wspinania zadomowiło się we mnie już na zawsze, znów przyciągała z nieodpartą siłą! Potem było już tak, jak myślałem: w samej ścianie było mi łatwiej. Nawet wybrana przez nas droga okazała się całkiem przystępna. Ale już w żaden sposób nie była znajoma, niestety. Nie poznawałem niczego. [Niestety, tu znowu: to i tak cień tego, co było w szpitalu; nie opiszę szczegółów. Wystarczyć musi stwierdzenie, że wtedy w Tatrach - to i tak był rewolucyjny postęp!!!]

 

Dopiero na samym wierzchołku Młynarzowej Baszty, kiedy rozejrzałem się po jego otoczeniu – pod zamknięte powieki, przed „oczy szeroko zamknięte”, które miałem – wpłynęły strzępy wspomnień. Jakieś dziwne. Jakby „poszatkowane”...

Już widziałem i pamiętałem, że dobrze jest działać tutaj tak, jak robiliśmy wtedy za pierwszym razem, z Pająkiem – zjechać z dużego bloku, który stoi tam na szczerbinie, tuż pod samym wierzchołkiem. I już PAMIĘTAŁEM – że potem, po zjeździe, trzeba było jeszcze nieco zejść, ukośnie - i podejść ciut na szczerbinę, z którego będziemy mogli wrócić pod ścianę. I tak właśnie było!

Cieszyłem się jak dziecko, że cokolwiek z poprzedniego razu pamiętałem. Mimo, że wtedy tam, na północnej stronie, nie było mi wcale łatwo. Teren niestety nie wysechł do końca. I na stromych, a do tego mokrych trawkach, musiałem schodzić nieco pokracznie - tyłem, na czworakach, asekurowany z góry, „przez ciało” przez Pająka, siedzącego na trawie za głazem - a chłopaki szli przede mną i za mną, bez asekuracji, ale tak zwyczajnie, „prawie, że swobodnie”. I widziałem, że asekuracja nie jest tu potrzebna - to znaczy nie byłaby potrzebna - tak normalnie. Ale wtedy nie było normalnie... Ale to już nic. Naprawdę.

[Wcześniej miałem kłopoty z zejściem po kilku schodkach (podobno). Problemy z chodzeniem „po krzywym” przed szpitalem (też podobno). Później, po powrocie do domu po trzech miesiącach w szpitalu, najpierw niemożliwość, a później już tylko kłopoty, na przykład z jazdą na rowerze (tu już co nieco pamiętam)... Po jakimś czasie pierwsza wspinaczka – i radość, że nie tylko to, że wreszcie się wspinam, ale to jeszcze, a może nawet przede wszystkim, że wreszcie mam się czego przytrzymać...]

        

A wtedy tam, w Tatrach: przyjechałem sobie z przyjaciółmi w naszą ukochaną Białą Wodę, a tego dnia podeszliśmy pod jedną ścianę i nawet udało się nam przejść jedną drogę! Więc tamto – to teraz już naprawdę prawie nic. Wtedy mogłem powiedzieć tylko: JEST DOBRZE!

Jednak później było tak, jak myślałem już wcześniej. Najtrudniejsze na całej naszej trasie owego dnia były dwa miejsca: powrót pod ścianę i zejście przez Ciężki próg. Wrócić pod ścianę - to jeszcze rozumiałem, że trudno – mokre trawki, stromo. Ale już percią, przez próg Ciężkiej, którym już tyle razy wędrowałem w górę i w dół, przez tzw. ścianę stawiarską – iść teraz z liną -?! Iść, jak jakiś klient, prowadzony przez przewodnika w Alpach -??? Nie wiedziałem, jak to jest, ale„najniezwyczajniej” wtedy czułem potrzebę pomocy. I na szczęście miałem ją od przyjaciół.

 

         [Wcześniej, po moim przedostatnim wypadku – udało mi się przejść Lewy filar Młynarczyka. Mało tego - „dopuściłem się tego czynu” niedługo po zdjęciu gorsetu. Ostatniego lata – po wypadku (już ostatnim) - udało mi się powtórzyć (innym wariantem) własną drogę na Ciężkiej Baszcie. Zrobiłem to, mając ciągle jeszcze 4 śruby w kościach strzaskanego przedramienia. I przy mniejszych już, niż wcześniej, ale ciągle jeszcze problemach z równowagą... Sam więc widzę, że z tym uzależnieniem choćbym chciał nawet walczyć – to nie mam szans. Ani nawet promila szansy. Tak samo, jak od ponad już dwóch lat nie wolno mi mieć we krwi nawet jednej setnej tego właściwego promila... Nic.]

 

ALE TO NIC. Teraz wiele rzeczy „robię w oesie”, całkowicie bez znajomości... Tym razem znowu było właśnie tak. I wtedy miałem swoje najtrudniejsze przejście OS w życiu! Z tym, że teraz to jest już moje trzecie życie...

 
-----------------------------------------------
 

I tak było z pierwszym tatrzańskim przejściem letnim „w trzecim życiu”. Z „letnim debiutem”. A później nadeszła zima. I miałem nadzieję [mimo, że wiedziałem, czyją ona jest matką, tak...] na debiut zimowy. Ale wtedy wciąż jeszcze miałem te cztery śruby w kościach przedramienia. A nawet ciągle jeszcze nie mogłem (zresztą dalej nie mogę) wypić... I znów, jak co roku, zjawiliśmy się w naszej ukochanej Białej Wodzie. Przed wyjazdem, inaczej, niż co roku, nie wzięliśmy nart. [Nawet, gdybym nie miał z równowagą problemów żadnych, nic – to też bym (jak i wszyscy) nart nie zabrał.] Bo już wcześnie, przed wyjazdem, wiadomo było o czymś, o czym jeszcze nigdy nie słyszeliśmy. Że w Tatrach, w grudniu – śniegu jest około... PIĘĆ CENTYMETRÓW!!! No, może miejscami nawet siedem, ale też momentami zupełne nic...

Na większości terenu, tam w dolnej części doliny – była wtedy niemal zupełnie goła, szarobura trawa! Ot, tak - przykryta tylko gdzieniegdzie, w zagłębieniach, jakimiś szarym pokryciem, który po dotknięciu przypominał [chyba] śnieg... Zresztą nawet sam leśniczy z doliny, „właściciel Białej Wody” (od lat na szczęście nasz dobry kolega) – mówił nam, że odkąd tu jest, czegoś podobnego nigdy tu nie widział!!!

Więc przeczłapaliśmy sobie wtedy, po ziemi i błotku, niechętnie, w plastikowych butach, całą drogę na taborisko w Białej Wodzie – i (bardzo niechętnie) rozstawiliśmy namioty, wleźliśmy do śpiworów. Wilgoć, zgnilizna, wszystko szarobure. Gór nie widać wcale. „Permanentny listopad” jak gdyby...

A rano, kiedy okazało się, że w nocy chwycił nawet mrozik (ot, takie 0,5, może nawet 0,7 stopnia) – po pobudce, już po pierwszych krokach „we właściwe miejsce” - okazało się, że trawę, kamienie, itd., wszystko skute jest pokrywą ze „lodośniegu”! Ot, po prostu ta warstewka wody, która pokryła i którą nasiąkło wszystko – stworzyła teraz skorupę. Tzn. skorupkę raczej...

Nart wtedy nie mieliśmy, ale już raki, dziabki, śruby, itp. - to tak, zabraliśmy... Myśleliśmy sobie wszyscy, że, po pierwsze, nawet, jeśli nie ma śniegu, to mróz to chyba musi być i jakieś lodospady to chyba będą! Po drugie (ale to już tylko ja sobie tak myślałem) – że w lodzie to powinno mi być nawet łatwiej, niż, w skale. Po prostu, w dobrych warunkach teren jest wszędzie w miarę podobny, a jeszcze, jeśli tylko lód jest w miarę dobry – to w zasadzie gdzie bym nie sięgnął - tam jest chwyt... [Tylko ze strachem myślałem sobie o tym, że gdyby przyszło mi się wspinać, spróbować powalczyć na lodospadzie – to czy będę mógł tłuc mocno tą prawą ręką w lód (jak mocno mogę i czy nic mi się nie stanie)?!]

No i jeszcze do tego wszystkiego te moje zasrane kłopoty z równowagą... Ale teraz widziałem już, że może nie aż tak, ale troszkę podobnie ma też każdy z nas! Ja wtedy, „w tym syfie”, nie chciałem iść nigdzie – nie dość, że gór nie widać wcale, jest szaroburo, ciemno i okropnie, to do tego jeszcze widziałem, że chłopaki, chociaż trzeźwi jak świnie, też mają jakieś dziwne problemy, np. przy omijaniu kamieni... To mnie się nawet już nie chciało ruszać z ciepłego śpiwora.

Więc wtedy był to nasz zimowy obóz para-olimpijski... [O, przepraszam, raczej „para-taternicki”...] I taki był mój prawdziwe imponujący "debiut zimowy" w tym trzecim życiu...

 

A później, jakiś czas po przyjeździe, miałem operację. Taki zabieg, znaczy się. Podobno – jak mówił mi ortopeda – „taki standardowy”, „nic wielkiego”, „zwykła rzecz’, itd.. Czyli wykręcanie tych śrub z kości. Ale nawet i to jeszcze mało! W jednej kości, widziałem na zdjęciu, była niewielka przerwa. I ortopeda mówi mi, z uśmiechem (takim zwyczajnym, widziałem - nie, żeby chciał mnie pocieszyć, itp.): Widzisz, tu jest taka przerwa – i to trzeba uzupełnić, żeby miało się co z czym zrastać. To się standardowo z biodra pobiera. [wytł. wł.] Faktycznie - „zwykła rzecz”... [Nie chciałbym być ortopedą.] Pamiętam, że np. zrobiłem zimą nową drogę na pn. ścianie Giewontu, na żywca - ale „psycha siadała mi o wiele przyjemniej”, [jeśli w ogóle można to tak określić] niż wtedy... Jednak, nie wiem, dlaczego, ale przy tym zabiegu nie pobrano mi tego „wycinka” z biodra. Ale „dostałem pożyczkę z banku”. Z „banku kości”. [Andrzej mówił mi potem: Ty, to jak Ty masz teraz na imię? ;-) To jest (chyba) pożyczka bezzwrotna... W każdym razie na pewno stałem się z jednej strony ciut „uboższy wewnętrznie” (o cztery śruby), za to z drugiej– jestem też teraz wewnętrznie bogatszy... ;-) ]
       W każdym razie po tym zabiegu wiosenny
sezon  wspinaczkowy w zasadzie skończył mi się jeszcze zanim się rozpoczął. Już w lutym. Bo po operacji - tą ręką, to ja mogę co najwyżej - hmm, nie wiem, co mógłbym robić. [Tzn. przychodzi mi coś do głowy – ale o tym nie napiszę, bo się wstydzę... ;-)]

 

Ale teraz znowu nadchodzi sezon letni. Nie wiem, czy po pierwsze, czy po drugie – ale nadciąga również termin, w którym będzie mi wolno wypić. Wreszcie normalnie się n... [Yyy, nie wiem, co to tam by miał dalej był za wyraz  -?! Ale po wypadku mam przecież kłopoty z pamięcią...] Tego i trochę nie mogę się już doczekać (choć zawsze byłem cierpliwy), i trochę już się tego boję... Bo wyraźnie widzę czyhające zagrożenie. I w ogóle - wszystko widzę ostro, jak nigdy wcześniej...

 
 
 
 

I takie właśnie miałem swoje para-debiuty. Parę tworzą debiut letni i „debiut” zimowy. Nie jest to para idealna. „Połówka” letnie już się udała – ale zimowa ciągle jest jeszcze przede mną. Teraz idzie lato. Czyli czas, w którym czeka na mnie nie tylko „połówka letnia”! Ale może nawet zero siedem... Oby nie wyszło mi z tego jakieś „zero siedem - zgłoś się” na przykład!

 

Ech, trochę się boję, a trochę nie mogę się doczekać... Jeśli tylko będzie o czym, i jeśli tylko będę w stanie – to obiecuję o tym kilka słów znowu napisać... Jeśli uda się coś zapamiętać...

[Ale przecież ten tekst – to też było przecież tylko takie ćwiczenie pamięci. :-) ]

 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 
rysiek 2011-10-26 15:57:05
biedne to to - samotne i smędoli o swojej niedoli w internecie :DDD


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd