1. Ja – jestem po wypadku. Co jakiś czas muszę jeździć do ZUS. Do Chrzanowa, jak dla nas. A jesienią z tegoż ZUS, z Chrzanowa, przyszło wezwanie na jakąś komisję.
Przyszło... dzień po terminie, w którym miałem się stawić. Szło TRZY TYGODNIE... Czyli piętnaście dni roboczych. Do Chrzanowa jest od nas 25 kilometrów. Tak mniej więcej.
A że umiem już – nawet ja – obsługiwać kalkulator – wyszło mi, że średnio pismo to pokonywało tak 0,53333333333333333333333333 kilometra przez jeden dzień.
A może nawet 0,533333333333333333333333333 ??? Nie jestem pewien. Z matmy w końcu nie byłem mistrzem! Nie umiem też na tyle dobrze posługiwać się tym cholernym kalkulatorem!
W każdym razie to wychodzi tak mniej więcej pół kilometra dziennie. A to można podzielić dalej – jest przecież coś takiego, jak osiem godzin roboczych.
No i okazuje się, że pismo, [to znaczy listonosz, do tego wszystkiego pewnie z bardzo ciężką torbą na ramieniu!] – pędził do nas z prędkością – uważajmy - 0,06666666666666666666666666625 kilometra na godzinę!!!
No, zaokrąglę mu to nawet w górę – SIEDEMDZIESIĄT METRÓW NA GODZINĘ! Myślałem wtedy - ciekawe, jaka jest średnia prędkość, z jaką może się człowiek czołgać???
2. Później Jakubcowie [albo, jak to się u nich odmienia, Jakubcovci] – nawet odwiedzili nas w domu! A przy jakiej okazji?! Ich syn, Pavol – studiował przez trzy lata filologię „ogólnosłowiańską” – gdzie specjalizował się ...w historii, kulturze, tradycjach Polski.
Posługuje się wiec naszym językiem> Całkiem całkiem. Teraz już tamto skończył. Obenie studiuje w Norwegii i co jakiś czas wraca do domu. A że najłatwiej, i najwygodniej jest do naszych krakowskich Balic -mamy świetny, rewelacyjny pretekst do spotkania.
A że od nas jedzie się „prawie przez skałki” – wpadliśmy na pomysł, żeby pokazać im naszą największą jurajską skałkę – Sokolicę!
[Popełniliśmy wielki błąd – nie daliśmy im przecież możliwości zapoznania się z doskonałymi właściwościami tarciowymi naszego wapienia!
A szkoda – przecież tak blisko było stamtąd pod Dupę Słonia! Prawdziwą Mekkę, „eldorado polskiej wspinaczki tarciowej”!!! :-) :-) :-) ]
3. Jak gadaliśmy – doszło do ciekawej, nietypowej sytuacji: najpierw Pavol [syn Vilo, czyli Słowak] paradoksalnie, prosił Polaka [czyli mnie...], żebym nie mówił po słowacku, tylko po polsku [bo on się tak może „osłuchiwać”, szkolić w pewien sposób]. Na co ja – prawdziwy Polak [Chociaż nie! Nie jestem przecież wygolony na łyso, nie noszę też przecież glanów ani papy. Choć czy chcę, czy nie - jestem Biała Rasa...] – też prosiłem Pavola, żeby nie mówił do mnie po polsku, ale po słowacku!
No więc Polak - prosił Słowaka, żeby nie mówił po polsku, ale po swojemu...
Bo ja też się jakoś osłuchuję, doszkalam... Fajny paradoks, prawda?