Czasami nieudane wspinaczki uczą nas więcej, niż zakończone sukcesem. Tu taka notka o wydarzeniu, w którym było właśnie tak.
W 1996 roku, po raz pierwszy w życiu, wyjechaliśmy wspinać się w góry inne, niż Tatry. W Dolomity. W piękny rejon Civetty. Wtedy (zresztą jak i teraz) delikatnie mówiąc, rozsądek nie był naszą najmocniejszą stroną... No bo jak wytłumaczyć to, że nie dość, że pierwszy raz w życiu „młodzież” wyjechała się wspinać poza Taterki, to już do głów wcisnęła im się myśl o wytyczeniu nowej drogi. I za to od razu zostaliśmy pokarani. Na szczęście tylko tak...
Udało się tam wspiąć się tam najpierw na Torre Venezia. Wróciliśmy ze szczytu ciągiem wspaniałych, niezwykle eksponowanych, „powietrznych’ zjazdów. Potem jeszcze wspiąłem się z Kasią na Punta Agordo. No a następna miała być nasza nowa droga.
Gnomo di Babele - ginie wśród wspaniałego amfiteatru skalnych wież, jakie widnieją wokół, z najwspanialszymi - Torre Trieste i Torre Venezia. Dopiero, kiedy podejdzie się bliżej tej „naszej” ściany, widać, że i tu możnaby się gdzieś nieźle wspiąć. Mieliśmy „porównanie tatrzańskie”. Więc każdy fragment ściany w miarę lity i pionowy – wyglądał dla nas wystarczająco okazale...
Zacząłem ja. Na początek był ryska. Całkiem ładna. Oceniłem jej trudności na jakieś „okolice V”. Nie pamiętam, dlaczego, ale zjechałem i zostawiłem chłopakom taką wędkę. Drugi poszedł Andrzej. Asekurował go Wojtek. Pod ścianą był spadzisty trawnik, a Wojtek podszedł nieco wyżej i stanął nie wprost pod Andrzejem, a lekko powyżej „linii spadku partnera”. Czemu to ważne? Gdy Andrzej był już jakieś dwadzieścia metrów nad ziemią, usłyszeliśmy nagłe: - BLOOOK!
Andrzej, łapiąc na odciąg spory blok, wyważył go i ten poleciał w ch... znaczy się oczywiście w dół. Z impetem. [Tak na marginesie: ja pamiętam, jak zginął na Kościelcu Piotrek Dawidowicz...] Na szczęście blok przeleciał obok Andriuszy. Tylko Wojtka siła odpadnięcia i lekkie wahadło wyszarpały ze stromego trawnika i on leciał, zgodnie z bezlitosnym prawem fizycznym, do miejsca w pionie pod Andrzejem. Tu to dopiero mieliśmy szczęście!
Wojtek „minął się z lecącym kamieniem” dosłownie o centymetry! Ceną tego wydarzenia – jakże niską przecież – były tylko: „zryta psyche” nas wszystkich, zraniona noga Andriuszy, uprząż Maćka i uszkodzone rzeczy, które leżały pod skałą: uprząż Maćka, kask pożyczony od Adama i korkery).
Uff, tylko tyle. Tak na marginesie: tej drogi nie poprowadziliśmy. „Tak jakoś”...
Rozmawiałem dziś o tym z Andrzejem. Uzupełnił mi tą notkę o dwie ważne (jak dla mnie) rzeczy: po pierwsze, że do dziś, jak spojrzy sobie na piszczel – widzi tam bliznę – pamiątkę po tamtym wydarzeniu. Po drugie – że wtedy, po wyrwaniu tego bloku – bał się jak cholera spojrzeć tam na dół. Na nas...