Siedzę sobie w klubie na zebraniu. Klubu, którego od lat jestem, za przeproszeniem, członkiem. Na zebraniu, też za przeproszeniem, walnym. Siedzimy sobie akurat z kursantami. Jak wcześniej się zorientowałem, zebranie przypadło dzień po dniu, w którym miałem „piąte urodziny”. Bowiem od wypadku w Tatrach minęło już pięć lat. I „to jakoś tak samo wyszło” – że po jakimś czasie zaczynamy rozmawiać o tym wypadku. Jako, że rok po nim miałem drugi – jeszcze poważniejszy, jeśli chodzi o konsekwencje - wcześniej bym sobie o nim rozmawiać nie mógł. Nie, że trauma, czy coś podobnego. „Po prostu” – nie pamiętałem NIC. „Po prostu”... Z czasem, jak mi przepowiadał neurolog – pamięć może wrócić, może częściowo. I wróciła. Wcześniej – nawet tak teoretycznie, nie mógłbym uwierzyć, że ktokolwiek z przypomnienia sobie o czyś tak strasznym może się cieszyć. Ja – czułem radość. To nie do zrozumienia...
Więc gadamy z kursantami o wypadku w Tatrach. [Tu szczegółów już nie będę pisał – bo tu piszę o czymś innym, albo przynajmniej o tym, ale „z nieco innej strony”...] I w trakcie akurat takiej rozmowy – słyszę dźwięk telefonu – ktoś przysłał mi wiadomość. Widzę, że to sms od Korka. To muszę od razu przeczytać. Czytam. I - chwilkę po tym, jak wspominałem detale z Młynarczyka, wtedy, w trakcie tamtej rozmowy - czytam:
Uff... Oczywiście od razu musiałem zadzwonić! Słyszę przyjaciela – wesołego - od którego dowiaduję się, między innymi:
Copyright © 2014 by gorskieblogi